To pierwszy post o tej niezwykłej wyspie. Od razu uprzedzam, że seria nie będzie chronologiczna ani tematyczna. Pobawimy się w eksplorowanie zdecydowanie bardziej chaotyczne, które najlepiej odpowiada tej tylko pozornie spójnej części Wysp Kanaryjskich.
Jak tu dotrzeć? Jeśli na chwilę to zdecydowanie samolotem. Dużo lotów z Polski, bezpośrednich i z przesiadkami we Frankfurcie, Bilbao, Madrycie, Barcelonie czy Londynie. Przyjemna i dość tania destynacja więc bilety w dobrej cenie można zabookować niemal z dnia na dzien.
Opcja numer dwa to auto. Wjeżdżamy na prom w Huelvie lub Cadiz i 28-31 godzin przemierzamy Ocean Atlantycki. Drożej, nieco wolniej ale też ciekawie. I lądujemy na wyspie naszym własnym autkiem. Opcja zdecydowanie lepsza przy długich podróżach.
Gdzie się zatrzymać? W drogich hotelach, resortach SPA, małych hotelikach, apartamentach, pokojach.. gdzie tylko chcemy. Wybór duży, na każdy gust i każdą kieszeń. Jednak w odpowiedzi powinno paść konkretne miasto i tu wchodzimy w niezwykłość tej wyspy. Na pierwszy rzut oka mamy wulkaniczny krajobraz, plaże i białe domki, część spuścizmy Cezara Manrique, który zaprojektował praktycznie to miejsce. Ale gdy wejść głębiej wyspa choć mała jest totalnie zróżnicowana.
Arrecife to stolica. Czujemy się jak w mieście, mamy centra handlowe, promenadę nad oceanem, kilka urzędów, salony samochodowe, port dalekomorski. Mamy nawet wieżowiec. Ale nie mamy ogromu plaż, ani turystycznego sznytu.
Puerto del Carmen, Playa Blanca i Costa Teguiese to miasta stricte turystyczne, z plażami, deptakami, knajpkami, setkami hoteli i tysiącami pokoi. Ale są też miejsca bardziej tubylcze, jest transport publiczny, są sklepy – ot zwykłe dyskonty dla każdego Rodrigueza.
Są klimatyczne miasteczka w interiorze, choćby San Bartolome i Yaiza. Nieduże, z silnymi społecznościami, miejscowymi knajpkami gdzie za 8 euro wypijecie kawę i zjecie churros, koniecznie z czekoladą, w której me maczamy. Czuć w nich spokój, dystans do świata, nikt się nie spieszy, nikt nie pędzi, świat pracuje na innych obrotach.
Jest też północ z Arlettą czy Haria, miasteczkami zanurzonymi w zieleni, położonymi przy mocno zróżnicowanej przyrodzie, w miejscach gdzie pod nogami zakwitną Wam stokrotki.
Są też malutkie nadmorskie miasteczka, takie jak choćby Playa Famara, gdzie czuć potęgę oceanu i widać miejscowych snujących się powoli do cukierni.
Mała, kompaktowa wysepka, gdzie dwa najdalsze punkty można pokonać autem w godzinę daje nam masę odczuć, klimatów i miejsc specyficznych i ciekawych. To samo oferuje nam krajobraz. Z pozoru nudny. Plaże, pustkowia. W praktyce: szalony i niezwykły. Koło Harii leżeliśmy na kwiecistej łące, przed Famarą chodziliśmy po piaskowych wydmach, aby zejść na jedną z plaż, godzinę zasuwaliśmy po stromym klifie, przy PdC leżeliśmy na szerokiej, złotej plaży, a w Playa Blanca skakaliśmy na potężne bałwany. Playa Papagayo to czysta woda idealna do snoorkingu. W interiorze są obszary bliskie sawannie, księżycowe krajobrazy, i pola z zastygłą lawą, która zalała 1/3 wyspy trzy wieki temu. Są też wulkany.
To takie miejsce gdzie zderzają się samotność z tłumem. W jednej chwili jesteś na deptaku w Puerto del Carmen wśród setek ludzi wielu narodowości, aby po 15 min spaceru dojść na skraj miasta i dreptać po księżycowych krajobrazach.
Ciąg dalszy nastąpi 🙂
